wtorek, 12 maja 2015

Chłopiec w hawajskiej koszuli

Nostalgia. To słowo doskonale opisuje moje przygody z grami od dobrego miesiąca. Tak bardzo zatęskniłem za starymi, dobrymi czasami, kiedy to nie było nachalnej promocji; nie musieliśmy kupować DLC-ków, aby móc pograć w CAŁĄ grę, a nie jej wycinek; i wreszcie, kiedy to ludzie określali co stanie się hitem, a nie twórca wspólnie z wydawcą jeszcze przed premierą. Przez długi czas nie mogłem znaleźć czegoś świeżego, co wciągnęłoby mnie choć na jeden wieczór. Poprzedniej jesieni posmakowałem chyba każdego gatunku i gdy zawiodłem się nawet na "Cieniu Mordoru", postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce i… pomóc historii zatoczyć koło.


Powrót do moich pierwszych gier na PC nie był łatwy. Przyszło mi się zmierzyć z najprostszym problemem, który od lat nęka rasę panów – rycerzy, którzy w dłoniach dzierżą laserowy miecz do klikania i tarczę z klawiszami. Już na samym początku na drodze tej fantastycznej eksploracji światów retro stanął mi Windows 8.1. Do dziś zachodzę w głowę dlaczego nazwa sugeruje wersję poprawioną, skoro granie na nim w starsze tytuły praktycznie nie istnieje. Rozwiązanie było radykalne – instalacja XP.

Co do wyboru mojej pierwszej gry, którą odpalę na nowym starym Windowsie, nie miałem żadnych wątpliwości. Wahałem się tylko między częścią, od której zacznę i – o dziwo – nie wybrałem chronologicznie. Wiecie od czego zacząłem?
Sierpień 2003. Przy okazji premiery Vice City poznałem nowe wcielenie serii GTA. Pierwsze dwie części jakoś niespecjalnie przypadły mi do gustu, co w sumie nie przeszkadzało mi przez kilka miesięcy rozjeżdżać ludzi w "dwójce" (GOURANGA!). Przeniesienie serii w trzy wymiary było naturalnym krokiem, choć nastąpiło zdecydowanie za późno. GTA III było grą pełną wielu nowych, świeżych pomysłów, a przede wszystkim pionierskim zapędem twórców, dzięki któremu Rockstar świętuje dziś kolejny rekord sprzedaży GTA V. Wtedy w 2003 roku, tak jak i teraz, pominąłem "trójkę", by od razu wskoczyć w różowy, radosny, kolorowy świat lat 80.

Kliknięcie w ikonkę Vice City zmieniło wszystko. Wtedy gry były dla mnie doświadczeniem czysto zręcznościowym i – tak szczerze – nie oczekiwałem niczego więcej. Zresztą czego można oczekiwać w wieku jedenastu lat. GTA Vice City pokazało mi, że warto pójść o poziom wyżej, poszukać głębiej i po uszy zanurzyć się w fabule, która toczyła się w chyba najlepiej zaprojektowanym świecie, jaki kiedykolwiek dane mi było odwiedzić. I bynajmniej nie chodzi mi o niesamowitą mnogość detali i o funkcjonowanie świata w taki sposób, w jaki Rockstar zaproponował graczom przy okazji premiery GTA V. Vice City to odwrotność nowych części spod szyldu Grand Theft Auto, dlatego często nazywana jest jedną ze słabszych w serii. Bo według wielu, grze brakuje wszystkich najlepszych rzeczy, które pojawiły się w pozostałych częściach - i trudno się z tym faktem nie zgodzić. Vice City pod względem technicznym jest po prostu lekko podkręconą "trójką". Twórcy w odpowiedzi na krytykę fanów, wprowadzili do gry parę elementów, których wcześnie brakowało najbardziej. I tak oto dostaliśmy do dyspozycji motocykle, czy też polepszoną paletę barw, która uległa diametralnej odmianie względem szaro-burej "trójki". Na tym aspekcie chciałbym się jednak zatrzymać na dłużej.

Nie wiem, czy wiecie, ale kiedyś gry nie wyglądały tak, jak dziś (Capitan Obvious to the rescue!). W erze przed-Crysisowej nie wystarczył fakt, że gra ma ładną grafikę. Dopiero Crysis rozpoczął modę na grywalne benchmarki. Owszem, wcześniej mogliśmy obserwować kilka rewolucji graficznych, takich jak pierwszy Far Cry, Doom 3, czy Half-Life 2, lecz pod względem grywalności te produkcje wymiatały, a ich szata graficzna była po prostu miłym dopełnieniem całokształtu i jednym z czynników, które – w razie wątpliwości – decydowały o przyznaniu dychy (nieprzypadkowo wymieniłem akurat te tytuły). Dziś wystarczy, że gra ma świetną grafikę – może być gniotem pod każdym innym względem, ale w recenzjach i tak się obroni (patrz: Ryse: Son of Rome, czy chociażby dwukrotnie wspomniany przeze mnie Crysis). Twórcy GTA Vice City postawili pójść jeszcze inną drogą i postawili na dokładnie tę samą jakość tekstur, co w "trójce". Ba, w końcu to ten sam silnik. Ale jak to? Przecież między Liberty City a Vice City jest ogromna różnica - to dwa bieguny! 
Po małej korekcie graficznej w „zaawansowanym” programie painto-pochodnym, możemy porównać rzeczywisty wygląd Vice City (obrazek po lewej) z tym, jak gra prawdopodobnie wyglądałaby, gdyby miejsce akcji zmienić z powrotem na ponure Liberty City. W świecie po prawej nie wytrzymałbym ani minuty…

Prawda. Pokolorowanie świata, czy naniesienie wielu filtrów jest często zabiegiem kojarzącym się z kiczowatymi "hitami" City Interactive pokroju strzelanek osadzonych w dżungli. Twórcy Vice City byli jednymi z prekursorów i spisali się w tym aspekcie na medal. Wyobraźcie sobie jak wyglądałby ten świat w kilku odcieniach szarości… A to przecież lata 80., szeroka paleta barw pasuje do tej scenerii jak ulał! Oprócz pięknej grafiki, Miami (bo to właśnie to miasto było inspiracją do stworzenia świata VC) może pochwalić się również świetnie zaprojektowanym układem ulic i budynków. Chyba każdy, kto choć raz zagrał w Vice City, bez problemu odnajdzie drogę do centrum handlowego, czy też do hotelu, w którym na początku zapisujemy grę. Być może jest tak dlatego, że miasto nie powala wielkością, ale przecież nie zawsze to rozmiar jest najważniejszy. Odwrotnym przykładem może być chociażby San Andreas z GTA V, bądź też to samo miejsce, które dało podtytuł GTA wydanemu w 2005 roku. Swoboda zawsze była domeną Grand Theft Auto, ale różnorodność też jest istotna. Co poza grafiką i świetnie zaprojektowaną mapą było niezwykłe?

Muzyka.
Billie Jean  is not my lover! To pierwsze słowa, jakie usłyszałem wsiadając na fioletowy skuter Faggio (swoją drogą: nazwa trochę #pozdrodlakumatych). I już wtedy, mając 11 lat, zaczął mi się kształtować gust. Niezwykle dobry gust, bo retro klimaty to dziś nie tylko przelotna moda hipsterstwa, ale też wyjątkowe piosenki, które – podobnie jak całe Vice City – miało w sobie tonę klimatu. Espantoso ze śmiesznym latynoskim wodzirejem, Flash FM z klasykami ówczesnych lat, czy Fever "łan oł" Five. Żadna stacja radiowa w każdej następnej części cyklu nie dorównała tym z Vice City.
Lata 80. to mój ulubiony okres pod względem muzycznym, choć wcale nie jestem pasjonatem tego typu brzmienia, nie wrzucam Jacksona do ipoda. Po prostu jakieś 99% utworów z tamtego okresu przyjemnie mi się słucha, a za sprawą GTA również przyjemnie kojarzy. I jestem pewien, że to jedna z tych rzeczy, na którą zwrócili uwagę absolutnie wszyscy, nawet ci, którym sama gra nie przypadła do gustu :) 

Cała mapa miasta Vice City. W porównaniu do pozostałych części GTA pod względem wielkości wypada blado, ale została zaprojektowana kapitalnie i każdy jej detal został niezwykle przemyślany.
Fabuła.
Nie powala na kolana, gdyby porównywać ją do wielu scenariuszów gier AAA, zwłaszcza po tylu latach od premiery, lecz jak na GTA wypada najlepiej spośród wszystkich części. Używając odniesienia do akapitu wyżej: tam po prostu wszystko przepięknie zagrało. Postacie, klimat lat 80. i fabuła, która komponuje się z tym wręcz doskonale. Pokrótce: wszystko rozchodzi się – a jakże! – o kasiorę. I to o sporą kasiorę, którą podczas rozgrywki będziemy musieli uskładać, aby trafiła ona w ręce prawowitego właściciela (który – swoją drogą – momentami aż za bardzo się o nią upomina). W trakcie trwania zabawy okazuje się, iż tenże właściciel nie jest wobec nas do końca uczciwy, ale – jak w wielu filmach – jest to całkiem udany pretekst do poznania wielu barwnych postaci i kapitalnego scenariusza.

Postacie.
Szalony Lance Vance, wiecznie znerwicowany Ken Rosenberg, Sonny „I want my money” Forelli, drący japę Diaz, ten porąbany Kubańczyk Umberto… mógłbym wymieniać cały czas. To chyba jedyna część GTA, w której charaktery postaci różnią się między sobą dosłownie wszystkim. Wybuchowe temperamenty; wyluzowani, rzucający żartami na lewo i prawo gangsterzy; chłodno kalkulujące postacie pokroju Tommy’ego. Cały katalog i za razem instrukcja, jak powinny wyglądać gry, które same w sobie są karykaturą (in your face, przerysowane GTA V!).

Misje.
Przyjedź, zawieź, zabij? Niee, zły adres. GTA Vice City stało się różnorodne nie tylko pod względem kolorystycznym – do wykonania dostaliśmy tym razem szereg bardzo zróżnicowanych misji, które w pełni wykorzystały potencjał złożonego świata. Latamy zdalnie sterowanym helikopterem (o tym rozpisałem się niżej), biegamy z piłą łańcuchową, ścigamy się łodziami, wspinamy się ścigaczem po budynkach, rozrzucamy ulotki z samolotu, którym można pływać (dafuq?). No pełen arsenał świeżych pomysłów sukcesywnie rozwijanych w kolejnych częściach GTA!
Fragment obu miast dostępnych w Vice City. W centralnej części widoczna wysepka, na której podczas przechodzenia głównej ścieżki fabularnej, przez dłuższy czas będziemy rezydować.
Odwołania, nawiązania, humor.
Twórcy co jakiś czas puszczają oczko do gracza racząc go różnistymi smaczkami. Wychwycą je gracze, którzy grali we wcześniejsze części serii, jak również ci, co nie przespali ostatnich kilkunastu lat i znają na przykład filmową serię Speed z autobusem-pułapką. W jednej z misji w Vice City musimy dowieźć rockmanów na koncert, ale odzywa się do nas tajemniczy jegomość, który oznajmia, że jeśli limuzyna zwolni, to aktywuje się zapalnik bomby umieszczonej pod samochodem.Wystarczająco śmieszne?
Ale humorem w Vice City tryskają prawie wszystkie napotkane przez nas postacie. Poznany na początku Ken Rosenberg – postać tragikomiczna; Lance Vance (wystarczy przeczytać jak się nazywa, aby się uśmiechnąć); czy chociażby Umberto sypiący seksistowskimi żartami na lewo i prawo.

Klimat!
Czyli wszystko wymienione wyżej złączone spoiwem o bliżej nieokreślonej właściwości. Po prostu te wszystkie rzeczy zostały zestrojone ze sobą tak idealnie, jak struny gitary, która wydaje z siebie dźwięki tworzące przepiękną harmonię. Nie dość, że GTA Vice City wpasowało się w to, co dziś postrzegamy jako mniej odległa, różowa przeszłość Ameryki z lat 80., to jeszcze stworzyło coś własnego – unikalny świat, który jest jednym z najlepszych wirtualnych rzeczy, jakie kiedykolwiek wyszły z pod ludzkich rąk. Świat Vice City to dla ludzi z młodszych pokoleń checkpoint, do którego zawsze będziemy wracali, gdy tylko przyjdzie nam sobie wyobrazić coś, co zdarzyło się tuż przed naszymi narodzinami. Klimat tworzy tę wspaniałą otoczkę gry, dlatego niemożliwym było przeniesienie Vice City do kolejnych części Grand Theft Auto.

Były jasne strony Vice City, to teraz o tym, co nie zagrało:

Główny bohater.
Tytułowy bohater mojego tekstu - paradoksalnie – znalazł się w minusach. Mógłby być bardziej charyzmatyczny, ale ten problem istnieje w GTA niemal od początku. Czy bylejakość protagonistów zaczęła się przez niemego Claude’a z "trójki"? Być może to jakaś klątwa, ale Vice City miało być pod tym względem zmianą o 180 stopni – nareszcie dostaliśmy postać mówiącą, lecz należy pamiętać, że cykl produkcyjny gry był niesamowicie krótki - Rockstar miał niecały rok na stworzenie czegoś zupełnie nowego i być może właśnie przez to zabrakło czasu na rozwinięcie pomysłu. W każdym razie Tommy Vercetti to i tak jedna z lepszych postaci, w jakie było nam dane się wcielić podczas całej przygody z serią Grand Theft Auto. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że nie ma lepszej części pod tym względem. Poza tym jego ubiór kojarzy się wyłącznie z klimatem Miami, a co za tym idzie – z Vice City. Dlatego nie pytajcie już więcej o tytuł tego tekstu ( ͡° ͜ʖ ͡°).

Tommy Vercetti. W grze wyglądał odrobinę inaczej (żeby nie powiedzieć gorzej). To grafika przygotowana przez fana.
Misja ze zdalnie sterowanym helikopterem.
Żartowałem. To najczęściej grana przeze mnie misja w historii całej serii, bo przechodziłem ją niemal każdemu, kto miał z nią problemy. Nie rozumiem Was, naprawdę. Wystarczyło przestawić klawisze z numerycznych na WSAD i voila! #protip

[Do zobaczenia w Vice City!]
GTA Vice City to spoiwo łączące graczy. To jeden przystanek, na którym zatrzymuje się kilka grających pokoleń. To gra, która trafia do odbiorcy znającego kanon filmów opartych o tę samą scenerię użytą również w VC, jak i do młodszego pokolenia, które po prostu chce dowiedzieć się jak kiedyś wyglądał świat – zarówno ten przedstawiony w grze, jak i świat, w którym żyliśmy 12 lat temu – w momencie premiery Vice City. Bo to wbrew pozorom dość odległe czasy, jeśli spojrzeć na to, jak bardzo zmieniły się gry od tamtej pory. Nie wszystko zmieniło się na lepsze, bo graficznie gry – owszem – nadal potrafią zaskoczyć, ale szkoda, że coraz częściej nasz zachwyt wyraża się w ilościach polygonów, czy rozdzielczości, jaką dana gra obsługuje…

[Szvagier]



Źródła obrazków:
1. http://oyster.ignimgs.com/wordpress/stg.ign.com/2012/12/ViceCity_review_1600.jpg
2. http://vignette1.wikia.nocookie.net/gta/images/8/8a/Vice_City_(VC)_(mapa).png/revision/latest?cb=20101006190009&path-prefix=pl
3. http://screenshot.xfire.com/s/120948020-4.jpg
4. http://fc04.deviantart.net/fs71/i/2014/282/1/a/tommy_vercetti__sketch_by_patrick_brown__by_andy9-d8269md.jpg