Który to już raz się spotykamy? Nazwa kolejnej części Call of Duty to chyba autoironia, bo seria ta została już wyeksploatowana do granic możliwości, a końca nie widać. Jednakże Infinite Warfare nie jest kalką 1:1 każdej poprzedniej części Call of Duty osadzonej w przyszłości. Wnosi do gry sporo nowych rzeczy i jest to jej największa zaleta... ale również największa wada.
Spoiler w tytule zdradził już moje odczucia co do Infinite Warfare. W skrócie: w tym roku oprócz genialnego remastera dostaliśmy strzelaninę w kosmosie wymieszaną z lataniem pojazdem kosmicznym, kontrolowaniem botów przeciwnika, misjami pobocznymi (!) iii... chodzeniem po korytarzach. Tak, przerywniki fabularne to najczęściej chodzenie od drzwi do drzwi i wsłuchiwanie się w koszmarnie nudne dialogi. Wszystko pokryte TOTALNIE nieinteresującą fabułą, którą przestałem śledzić jeszcze szybciej niż w nowym Mirror’s Edge’u, co jest naprawdę wielkim wyczynem. Podejrzewam, że gdyby sztuczna inteligencja zaprezentowana w Infinite Warfare przeczytała kilka książek, to wygenerowałaby ciekawszy scenariusz, niż ten, który dostaliśmy w najnowszym Call of Duty. Sytuacji nie ratuje polski dubbing, który nie jest jakiś fatalny, ale poziomem nie wybija się ponad to, co zwykle widujemy w FPSach. Dorociński w roli Reyesa – głównego bohatera, w którego wcielamy się w kampanii fabularnej – jest trochę drętwy, ale niestety taka też jest sama postać i podkładający głos raczej niewiele mógł na to poradzić. Reszta charakterów, które spotykamy również nie zapada w pamięć – nikt nie jest charakterystyczny, nie robi nic ciekawego, nie rzuca nawet ani jednego żarciku/anegdotki. Paradoksalnie moją uwagę przykuł jedynie bot Ethan – chyba to właśnie on jest najbardziej intrygujący spośród wszystkich postaci.
Na początku wspomniałem o odmienności Infinite Warfare. Dla wielu fanów serii to niezbyt dobra wiadomość, bo ta mimo powtarzalności, często przyciągała do siebie tymi samymi dobrze znanymi patentami. To jak z muzyką – najbardziej podoba nam się to, co już znamy. Jedynie multiplayer pozostał prawie nietknięty, ale temu z kolei już od jakiegoś czasu przydałoby się małe odświeżenie. Dla tych, którzy znudzili się futuryzmem również mam złą wiadomość – nadal mamy jetpacki, skoki po ścianach i te same sztuczki, które wykorzystane zostały w Advanced Warfare i Black Opsie 3. Dużą zmianą są sekwencje w myśliwcu, gdzie też strzelamy do latających jednostek. Nie wiem, czy była to dobra decyzja, bo występują one dość często, a zarówno przed, jak i po zazwyczaj jesteśmy prowadzeni po korytarzach i raczeni kolejną dawką fabuły, która przestaje interesować po parunastu minutach, po kilkudziesięciu zaczyna denerwować, a już w połowie gry zmusza do ucinania drzemek przed ekranem.
Recenzenckim obowiązkiem każdego, kto próbuje podjąć się oceny danego tytułu powinno być zaliczenie przynajmniej głównej osi fabularnej. Mnie ta sztuka niestety się nie udała. Uwierzcie, próbowałem się zmusić do IW raz, drugi, trzeci i już w okolicach piątej godziny miałem tego kosmosu po dziurki w nosie. Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym przerwał w połowie jakąkolwiek grę z tej serii, można powiedzieć, że jestem jej kryptofanem i choć już rok temu przy trzecim Black Opsie miałem sporo zastrzeżeń co do futurystycznego bełkotu, jakim wypełniono singla, to mimo wszystko grało się tak jakoś lekko, przyjemnie. Multi co prawda denerwowało, ale dla mnie liczy się przede wszystkim kampania dla jednego gracza i to ją głównie poddaję ocenie. Nawet najsłabsza część Call of Duty (Ghosts, patrzę na ciebie) zawsze dawała się spokojnie ukończyć, bo radocha ze strzelania była nieziemska. W tegorocznym NIEZIEMSKIM Infinite, nie znalazłem ani skrawka czegoś, co przyciągnęłoby mnie do ekranu. Strzelaniny są czasami efektowne, ale nawet charakterystyczne „cyknięcia” hit-markerów nie sprawiały, że przedzierałem się przez hordy przeciwników z uśmiechem, jak miałem w zwyczaju robić to w każdej poprzedniej części. Strzelaniny w 90. procentach wyglądają tak samo – wpadasz do pomieszczenia, rzucasz jakiś wynalazek granatopodobny w grupkę wrogów i dobijasz to, co zostało. Poza tym strasznie irytowało mnie to, że często nie potrafiłem odróżnić sojuszników od wrogich jednostek – mundury są prawie identyczne, a każdy jeden bot jest tak podobny, do naszego Ethana, że często po prostu nie wiedziałem gdzie strzelać.
W Infinite Warfare nie zagrało dosłownie nic. Niestety wydawca ma więcej problemów na głowie. Seria Call of Duty jest tworzona przez trzech deweloperów na zmianę – każdy jeden wydaje własną grę co 3 lata, a to oznacza, że już przynajmniej 3 lata temu rozpoczął się cykl produkcyjny Infinite Warfare, kiedy temat mechów, skoków na parę metrów i chodzeniu po ścianach nie był wyczerpany. Widzieliśmy złość fanów już długo przed premierą, a Activision ze strachu zdecydowało się poratować sprzedaż wydaniem remastera Modern Warfare w pakiecie z IW. Co stanie się za rok? Czy znowu dostaniemy futurystyczny twór bez żadnych innowacji? Kolejne dwie części są już w produkcji, klamka zapadła – główny szkielet obu gier już istnieje i raczej nie można go wywalić do kosza. Oby ewentualna zmiana realiów odświeżyła serię tak, jak zrobił to Battlefield 1.
[Szvagier]
PS. O remasterze więcej wkrótce.
Źródła obrazków:
1. http://img6.gram.pl/20160503054220.jpg
2. http://www.roadtovr.com/wp-content/uploads/2016/08/jackal-call-of-duty-infinite-warfare.jpg
3. http://torrentsgames.org/wp-content/uploads/2016/06/Call-of-Duty-Infinite-Warfare-Xbox-One.jpg
4. https://i.ytimg.com/vi/RnYgaZfchTI/maxresdefault.jpg
Źródła obrazków:
1. http://img6.gram.pl/20160503054220.jpg
2. http://www.roadtovr.com/wp-content/uploads/2016/08/jackal-call-of-duty-infinite-warfare.jpg
3. http://torrentsgames.org/wp-content/uploads/2016/06/Call-of-Duty-Infinite-Warfare-Xbox-One.jpg
4. https://i.ytimg.com/vi/RnYgaZfchTI/maxresdefault.jpg

















