niedziela, 5 czerwca 2016

You shall not play!

Digital Rights Management. W skrócie DRM, w wolnym tłumaczeniu zarządzanie prawami cyfrowymi. Te 3 literki spędzają sen z powiek niejednego gracza. Zabezpieczenia gier to rzecz prawie tak stara, jak one same. Pierwsze maszyny, na których mogliśmy pograć w Ponga, to przecież schemat: wrzuć monetę, aby zagrać. Zabezpieczenie idealne, dopóki ktoś nie sfałszuje monety. I gdyby sprawę zostawić, zahamować postęp, nie przenosić gier na komputery - dziś byłby to jedyny znany patent w walce z nieuczciwymi graczami. Technologia poszła do przodu, zaczęły pojawiać się domowe konsole, a wraz z nimi coraz więcej gier. A te od zawsze były podatne na piracenie. Problem był na tyle powszechny, że zwykłe przepisywanie kodu przy instalacji przestało być skuteczne jakieś sto lat temu. Do niedawna panowało przekonanie, że nie ma zabezpieczeń, których nie dałoby się złamać. W chwili, gdy piszę ten tekst, sprawę mogę skomentować krótko: nie byłbym tego taki pewien.

This War of Mine. Zarówno jej tytuł, jak i nazwa studia, które ją zrobiło, już na zawsze pozostaną w pamięci graczy za sprawą głośnej akcji jednego z pracowników 11 bit studios. W komentarzach na Popularnej Stronie z Torrentami rzucił kilka kodów na Steama ich nowej gry i wyjaśnił - w skrócie - że poniekąd rozumie piratów, wie iż zjawisko piractwa jest duże i pozdrawia legalnych graczy. Słodka reklama, prawda? Po drugiej stronie barykady stoi Ubisoft, który zrobił piratów w… bambuko przy okazji premiery Far Cry 4 i w pirackich wersjach okroił grę z możliwości ustawienia pola widzenia. Fora wrą, nikt nie wie o co chodzi, a Ubisoft odpowiada, że to problem istniejący tylko na piratach. Twórcy ośmieszyli nielegalnie kopiujących, a ci dzień później i tak mieli problem z głowy po wydaniu patcha. Pirackiego of course.  To, co zrobił Ubisoft, jest zaledwie małym prztyczkiem w nos grającym nie do końca leganie. Ten sam manewr mogliśmy oglądać w Batmanie Arkham Asylum, gdzie wcielając się w tytułowego bohatera na nielegalnej kopii gry nie można było skakać z rozłożoną peleryną. Był również Game Dev Tycoon, gdzie głównym celem jest przejście kariery od zera do bohatera developera. W przypadku wersji pirackiej w dowolnym momencie wywalało nam ciut ironiczny komunikat: zbankrutowałeś. Gracze spiracili twoją grę.

Jeszcze kilka lat temu największa zmora legalnych graczy
Na początku wspomniałem, że jeszcze niedawno wydawało nam się, iż na piratów nie ma bata – i tak ściągną z torrentów i będą grali jeszcze wcześniej niż ci, co wydają na grę niemałe pieniądze, a później przychodzi im zmierzyć się ze złowieszczym DRM, z autoryzacją na Originie i z innymi pierdołami. Z końcem września 2014 roku przyszła odsiecz. Bat na nieuczciwych graczy ukręcił zupełnie nowy gracz na rynku. Mowa tu o ludziach z Denuvo, byłych pracownikach odpowiedzialnych za niezwykle wkurzającego SecuROMa. Korporacja ta tym razem zaoferowała najdłużej niezłamane zabezpieczenie gry na PC, odkąd pamiętam. Na pierwszych klientów panowie z Austrii nie musieli długo czekać. System został zaimplementowany w najnowszym Dragon Age. W ślady EA poszli także nasi rodzimi producenci i Lords of The Fallen również zostało zabezpieczone przez Denuvo. Obecnie system przyjął się i raczej na pewno zadomowi się u pecetowców na dłużej, ponieważ – najzwyczajniej w świecie – jest on bardzo skuteczny. Fifa 16, Mad Max, a także Metal Gear Solid  V– to wysyp gier, które jako pierwsze skorzystały z wczesnej wersji Denuvo i przez kilka pierwszych - finansowo kluczowych dla twórców - tygodni nie pojawiły się w Zatoce Piratów. Co było później?

Mamy 2016 rok i drugą falę zabezpieczonych gier. Gdy już wszyscy piraci poczuli ulgę, rok po zamieszaniu z brakiem cracków do tytułów, które wymieniłem wyżej, pojawiła się kolejna wersja zabezpieczenia Denuvo. I pozamiatała. Just Cause 3 ukazał się w grudniu 2015 i do dziś pozostaje niezłamany. Później Tomb Raider, Doom, Homefront, Unravel, Far Cry Primal, Hitman, Need For Speed. Pokaźna lista, co? A to dopiero początek. W kolejce ponownie ustawiło się EA i wiemy już dziś, że Mirror’s Edge Catalyst na pewno skorzysta z tego zabezpieczenia.

Alternatywa dla Steama. Bez żadnych DRMów!
Jeśli poszukać przyczyny tak wielkiej skuteczności rozwiązania zaproponowanego przez Austriaków, natkniemy się na sposób działania zabezpieczenia. Denuvo Anti-Tamper to algorytm, w którym dane są nieustannie przenoszone z pamięci RAM na dysk i na odwrót. Nie wnikam w technikalia, bo po pierwsze nie są one do końca znane, a po drugie - nie jest to zbyt ważne. Dla zwykłego zjadacza chleba ważne jest jednak to, że być może na naszych oczach dokonuje się przełom. Być może twórcy już nigdy nie będą musieli płakać, jakie to "straty" przynosi im piractwo. Nareszcie legalni gracze dostaną dopracowane produkty kosztujące 1/4 ceny, sprzedaż wzrośnie (no bo przecież każdy, kto wcześniej chciał ściągnąć grę z netu w obliczu takiej sytuacji by ją kupił, to logiczne), a na świecie zapanuje pokój i harmonia. My ass… Rzeczywistość jest jednak taka, że ceny gier wzrastają, gry od kilku lat robione są na jedno kopyto i na dodatek za chwilę dostaniemy konsole, które będą pecetami. Czasy, w których tytuł AAA kosztował 100 zł odeszły, a jedynym hitem zasługującym na dziesiątkę w ciągu pięciu lat na PC jest wydany niedawno trzeci Wiedźmin. 

Tak czy siak wytępienie piractwa na pecetach jest równie nierealne jak pokój na świecie, ale jakkolwiek by na to nie spojrzeć – szanse zawsze są. Pytanie tylko, czy legalni użytkownicy mają ochotę użerać się z coraz bardziej upierdliwymi zabezpieczeniami w swoich ulubionych grach. Pół biedy, gdy musimy wykonać pierwszą aktywację przez internet. Schody zaczynają się, kiedy twórcy zabezpieczeń próbują wymuszać na nas, abyśmy byli stale połączeni do netu. Nie masz połączenia? Och, jak nam przykro. NIE POGRASZ. Jeszcze większym problemem zdaje się być wyżej wspomniany patent od Denuvo. Przy okazji premiery DA: Inkwizycja, branżę obiegły doniesienia, z których wynika, że to uber-zabezpieczenie niszczy dyski SSD. Jak zwykle obrywa się tym, którzy woleli wydać pieniądze na legalny produkt. W pakiecie z grą dostajemy znacznie przyspieszone zużycie sprzętu, który również kosztuje. 

Jeśli tak mają wyglądać zabezpieczenia przyszłości, to ja już wolę iść do marketu, wejść w "reedycje", zgarnąć z półki pierwszego Far Cry’a i mieć rozrywkę na długie godziny. Bez zbędnego użerania się z kolejnym wymysłem biednego EA, który przez piractwo sprzedał tylko 20 milionów egzemplarzy Fify i zarobił zaledwie 400 milionów dolarów. Please…

Szvagier

Źródła obrazków:
http://www.gry-online.pl/Galeria/Html/Wiadomosci/340731143.jpg
http://origin.arstechnica.com/news.media/logo_securom-1.jpg
https://usercontent1.hubstatic.com/8908558.png

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz