poniedziałek, 7 grudnia 2015

Ach, ten 2015...

Wielkimi krokami zbliża się ten moment – czas świąt, magicznej atmosfery, prezentów i wszechobecnych podsumowań. Za chwilę rozpoczniemy nowy rok, a wraz z nim nowe nadzieje i – w teorii – jeszcze lepsze gry. Grudzień to wysyp rankingów i plebiscytów, w których – jako gracze - wybieramy te produkcje, które wywarły na nas (niekoniecznie pozytywne) wrażenie, bądź odcisnęły piętno na branży. Gra roku, co prawda, już wybrana - Wiedźmin 3 pozamiatał, lecz inne tytuły ciągle do zgarnięcia.


Co bardziej lotne umysły zdążyły już odgadnąć cel tego koślawego, pełnego patosu i obowiązkowych o tej porze roku wzmiankach o świętach, wstępniaka. Dla pozostałych spieszę z wyjaśnieniem – dziś przygotowałem dla Was listę gier z kończącego się roku 2015, na których zawiedliśmy się najbardziej. Wrażenia, co prawda, mocno subiektywne, aczkolwiek wielu z Was zgodzi się co do większości tytułów. Jedno wiemy na pewno – mijający rok był dla graczy wyjątkowo słaby.

Lista, lista, okrągłe dziesięć pozycji, przez które przeprowadzi Was dziś Największy Crapowy Koneser. Dziesięć rozczarowań 2015, a na starcie tego maratonu melduje się WRC 5, czyli ogłaszany od miesięcy mesjasz rajdów i następca Colina McRae Rally, któremu może co najwyżej wyczyścić błotnik. Nowe WRC jest gorsze nawet od poprzednich, dodajmy - mało udanych części tej serii. Jest drętwo, nudno i powtarzalnie. Kariera to nieudane „od zera do bohatera” początkowo z jakimś przednionapędowym gratem, którego nie da się pominąć, aby od razu wskoczyć w większe buty i poczuć prawdziwy smak tytułowego WRC. Model jazdy to dno, a grze nie pomaga również obecność wielu bugów. Ciągle czekamy na DiRT Rally.
WRC 5 na zwiastunach prezentowało się wyśmienicie. Finalny produkt niestety znacznie odbiega od tego, co prezentowano na materiałach promocyjnych
Zaraz za poobijanym WRC, na pozycji numer dziewięć, dojeżdża z niemałymi problemami kolejny przedstawiciel tego gatunku - The Crew: Wild Run. Jak to mówią: liczba dzikich gonów musi się zgadzać, a ten wyścigowy znalazł się także w mniej prestiżowym rankingu. Ubisoft jeszcze rok temu zarzekał się, że tym razem dostaniemy produkt, który będzie rozwijany przez lata dla tych, którzy już wcześniej zakupili podstawkę. Niestety, jeśli chcesz zagrać monster truckiem, albo sobie podriftować – płać drugi raz, bowiem Wild Run jest samodzielnym dodatkiem, który kosztuje tyle samo, co podstawowa wersja, a oferuje zawartość, którą bez problemu można było dodać jako DLC. Ubisoft ponownie nie ma konkurencji w byciu najgorszym.

Lista 10 rozczarowań, a ósemka to jeszcze świeżutki bioniczny wszczep pod nasze skóry - Call of Crysis Duty Black Ops 3 z totalnie spartoloną optymalizacją na pecetach. Wyobraźcie sobie, że macie superkomputer, który bez problemu radzi sobie z najcięższymi zadaniami włącznie z renderowaniem filmów, obróbką grafiki i z GTA 4. Mając taką maszynę musicie być gotowi na to, że trzeci Black Ops może Wam nieźle klatkować, albo równie dobrze w ogóle się nie uruchomi. A optymalizacja to tylko wierzchołek góry lodowej, bo najnowsza produkcja Treyarch nie grzeszy też grywalnością. Singleplayer to schemat zerżnięty z ubiegłorocznego Advanced Warfare ze słabą dłużącą się historią, nieciekawymi bohaterami i brakiem Kevina Spacey. Multi dla jednych będzie powtarzalne, złe i głupie, a inni będą się po raz kolejny świetnie bawić i po raz kolejny wydadzą kasę na grę, która rok w rok jest dokładnie taka sama.  
Przykład nieco skrajny, ale w dużej mierze to właśnie w takich barwach skąpany jest świat w nowym Call of Duty. Na obrazku bonusowa mapka Nuketown znana z pierwszego Black Ops.
Pod szczęśliwą siódemką Projekt Samochody, który do końca twardo trzymał się założeń twórców – spokojnie, panowie - to tylko projekt. Project CARS miał być wypełnieniem niszy na PC, która na konsolach zwie się Forza i Gran Turismo. Przez długi czas Project CARS gnieździł się w Early Access i gdy już wszyscy myśleli, że niebawem ujrzymy dopieszczoną, wychuchaną ścigałkę stulecia, a twórcy wyjdą finansowo na prostą bez potrzeby proszenia o pomoc fanów – pojawiły się górskie serpentyny i po raz kolejny zobaczyliśmy klęskę tytułu wspieranego przez graczy. Mało samochodów, obecność bolidów, których nikt nigdzie indziej nie widział, słaba kariera, a na PC kosmiczne wymagania. Kiedy znajdziemy się na zakręcie – co z nami będzie? 

Na zakręcie znalazł się również nasz numer sześć: ziomalski, odmłodzony, powracający w odświeżonej cel-shadingowej wersji - Tony Hawk’s Pro Skater 5, czyli dziadek Tony wywraca się na desce i tym razem to definitywny upadek z dość wysokiej rampy. O ile Shred, czy Ride były wybrykami, które po prostu nie mogły się udać, tak piąta pełnoprawna część THPS miała wszystko, by po raz kolejny stać się hitem i rozgrzać serca wiernych fanów, którzy uśpieni od czasów fenomenalnej „trójki” i „czwórki” dzielnie czekali na godnego następcę przez całe 13 lat. Wygląda na to, że w 2002 roku seria osiągnęła limit i już nigdy nic lepszego nie spotka fanów wirtualnej jazdy na desce. „Piątka” jest parodią samej siebie: graficznie uboga – cel-shading wstawiony na siłę, by zatuszować braki w teksturach, a gameplay to droga przez piekło – wypełnianie tak kultowych zadań, jak zbieranie napisu SKATE, czy wykręcaniu coraz to większych wyników jest męczące, bo ktoś nie ogarnął opcji restartu w trakcie trwania sesji. Wstyd, panie Tony, żeś połamał swoją deskę jeszcze zanim na nią wskoczyłeś. Kończ waść, oszczędź nam kolejnej słabej gry, bo po tej wtopie seria już naprawdę #nikogo.


Twórcy stawali na głowie, aby zatuszować wpadki nowego THPS. Nie pomógła nawet łatka udostępniona zaraz po premierze gry o wielkości większej niż sama gra.
Pod numerem piątym czarny kot koń tych zawodów – Batman Arkham Knight wjechał na Steama błyszczącym bat mobilem, który… pod względem technologicznym okazał się być co najwyżej spróchniałą furmanką z zajeżdżonym koniem, którego bardzo szybko stamtąd pognano. Wycofany ze sprzedaży przez ogromne problemy techniczne wersji pecetowej. Niedawno przywrócony i ponoć wyeliminowano większość wad. Niesmak pozostał. Ponadto gra cierpi na szereg innych przypadłości, w tym zły tutorial, kiepskie wyjaśnienie usprawnionego systemu walki i niejasny system combosów – kombinacje takie, jak alt+1+1 (cokolwiek to znaczy) to w tej grze norma. Idzie się pogubić.

Czwarty Fallout z numerem czwartym, czyli gra z najlepszymi [dialogami] od czasów Limbo of the Lost [sarkazm], najpiękniejszą grafiką i wymaganiami niskimi jak poziom mojego żartu. [Tak], to prawda, Fallout to znaczne uwstecznienie w porównaniu do poprzednich części pod prawie każdym względem. System dialogów miał być innowacyjny, a okazał się być upośledzonym klonem Mass Effecta z powtarzającymi się kwestiami. Ponadto boss fighty to karykatura i synonim pojęcia glitch.

Wkraczamy na podium, żeby zobaczyć największych przegranych. Trzecie miejsce, a na nim skąpany w odcieniach szarości The Order: 1886, czyli wjazd z buta konsoli Playstation 4 w exclusivy. To jest prawdziwy [sarkazm], a nawet ironia losu, bo naprawdę rzadko zdarza się, by świeżo upieczona konsola zaliczała kolejny ekskluzywny fail zaraz po DriveClubie. The Order to ładny film, w którym mało jest jednak gry. Film z – dodajmy - piekielnie słabą fabułą i… nędznym wszystkim innym. Cóż, życzymy Peesczwórce powodzenia, oby ktoś wreszcie przyszedł jej z pomocą, bo jak tak dalej pójdzie, to w słabych exclusivach prześcignie samego Xboxa. 
Graficznie The Order to słynne: "można pomylić z prawdziwością". Szkoda, że gra odznacza się wyłącznie grafiką.
Lista dobiega końca, ale nie zwalniamy tempa. Druga pozycja to Battlefield Hardline, o którym dłuższy tekst ukazał się tu ponad miesiąc temu. W skrócie: koszmarne dialogi, fabuła pisana w autobusie relacji Łomianki – Tarchomin, nieustanne machanie odznaką i fatalne cut scenki, których nie dało się nawet pominąć. Czy możecie sobie wyobrazić większy koszmar?

Ekhem, jakby to powiedzieć… Assassin’s Creed Syndicate. Ta daa! Zwycięzca prestiżowego rankingu Rozczarowania 2015. Tegoroczny Asasyn to upośledzony wojownik, który potyka się o własne nogi, spada z szóstego piętra prosto na beton, ale jak co roku podnosi się i udaje, że nic się nie stało. Z zaszklonymi oczami spoglądam w przeszłość na czasy, kiedy to jego przodkowie wykonywali swoją robotę z wielkim rozmachem i nie mogę się nadziwić w jak absurdalny sposób zarżnięto tę świetną serię. Syndicate to synonim nijakości i oprócz ślicznego Londynu nie uświadczymy w nim niczego, co przykuwa atencję. Dwójka grywalnych bohaterów to pomysł wepchnięty na siłę na fali popularności GTA V, wojny gangów również komuś się chyba pomyliły z serią Rockstara, a fabuła przestaje interesować w okolicach drugiej sekwencji. Wielki plus dla Ubisoftu, że umożliwił chociaż pomijanie cut scenek. Wątek współczesny został wręcz zbezczeszczony w okolicach Black Flag, ale teraz już nawet nie godzi się tego nazywać wątkiem – marne wstawki w formie filmików, które zostały poupychane w losowych momentach i nie mają prawie żadnego znaczenia dla fabuły. A ostatnia walka z bossem, to chyba jakiś grubo krojony trolling pracowników Ubisoftu – spadłem z krzesła patrząc na [SPOILER ALERT] templariusza  w złotej szacie z modną fryzurką i hipsterskimi wąsami. W 2016 kolejny Asasyn, jak bardzo nie mogę się go doczekać! 

Główny zły w Syndicate. Od początku wiadomo, z kim staniemy w szranki pod koniec fabularnej części.
Chciałbym wreszcie, żeby nadszedł taki rok, w którym lista rozczarowań będzie krótsza, niż ta, na której widnieją udane gry. Niestety od kilku lat proporcje wyglądają nieciekawie i patrząc na zapowiedzi „hitów” z następnych miesięcy, rokowania nie napawają optymizmem. Nam jako graczom pozostaje jedynie nie wydawać pieniędzy na chłam, który reklamuje się na każdym większym portalu o grach (remember - no preorders), albo – opcja dla totalnie zrezygnowanych – powrót do tego, co znamy najlepiej. W końcu pierwszy Max Payne nie zestarzał się aż tak bardzo…

Szvagier

Źródła: 
http://dualpixels.com/wp-content/uploads/2015/07/1427118275_batman_arkham_knightwallpaper1920x1080.jpg
https://i0.wp.com/i11a.3djuegos.com/juegos/11686/wrc_5/fotos/set/wrc_5-3150157.jpg
https://zonait.tv/file/2015/11/Nuk3town_Thumbnail_CLEAN_1080_WEB.jpg
http://venturebeat.com/wp-content/uploads/2012/07/thpshd_tony_school2_eggplant02.jpg
https://doxz7msmg7sxx.cloudfront.net/media/catalog/product/cache/21/image/992x558/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/1/1/1124-1124_2.jpg
https://i.ytimg.com/vi/j5Sd-CvmfPE/maxresdefault.jpg

środa, 21 października 2015

Battlefield Hardline - czyli o tym, jak seria zaczyna sięgać dna


Przez lata seria Battlefield przechodziła wiele zmian. Najważniejszą z nich było dodanie trybu dla pojedynczego gracza - przy okazji premiery Bad Company seria otworzyła się na tych, którzy preferują kampanię fabularną, a rozgrywkę z żywym graczem stawiają na drugim planie. Obecnie trwają beta-testy kolejnej gry od EA, która ma szanse na nowo zdefiniować gatunek i przerwać dominację dwóch Rokrocznie Odgrzewanych Kotletów. Star Wars: Battlefront - bo o nim mowa, będzie miał swoją premierę za około miesiąc, ale już teraz wiadomo, że – dokładnie tak, jak w becie, zabawa dla jednego gracza ograniczy się do prostego survivalowego trybu, który nie będzie posiadał fabuły. Okazuje się, że Battlefield Hardline może być z tym faktem jakoś powiązany.

Być może ostatnie zdanie z akapitu wyżej brzmi jak prawdziwa Sensacja XXI wieku, ale zanim Wam to wyjaśnię, przejdźmy do konkretów. Większość graczy utożsamia Battlefielda z trybem multiplayer. I bardzo słusznie, ponieważ przez długi czas seria pozbawiona była trybu fabularnego, a rzesza graczy chwaliła ją za genialne podejście do rozgrywki wieloosobowej, nie traktując braku singla jako wadę. Niegdyś na brak trybu jednoosobowego mógła sobie pozwolić chyba tylko ta seria, bo pokazała, że jeśli gra jest wystarczająco dobra w multi, to nie trzeba do niej dorzucać niczego na siłę. I gdyby Battlefield nie przepoczwarzył się w Cod-wannabe, to świat z pewnością byłby lepszym miejscem, a my – gracze, nie musielibyśmy nurkować w szambie, jakie serwuje nam EA odkąd wydali oni na świat coś, co ma więcej skryptów, niż dowolne Call of Duty. Tak, mowa o trzecim Battlefieldzie, co to miał być nową jakością, swoistym przypieczętowaniem wejścia serii w tryb singleplayer (po całkiem przyjemnej kampanii z Bad Company 2) i pokazem możliwości znakomitego silnika fizycznego. Od tamtej pory seria zawodzi coraz bardziej, a ukoronowaniem (heh) tego faktu jest tytułowy Hardline. Dziś opowiem Państwu o tym, jak nie robić gier z trybem dla jednego gracza. Heavy breathing. Jak by tu zacząć…


Battlefield Hardline jako całość nie jest grą jakoś potwornie słabą. Seria ma kilka mocnych punktów i niektórymi z nich wybija się ponad poziom, do którego rokrocznie przyzwyczaja nas Call of Duty. W Hardlinie doświadczymy zatem znakomitego dźwięku, posiekamy otoczenie w drobny mak pozbawiając przeciwnika osłon i wręcz na własnej skórze poczujemy odrzut broni. Feeling strzelania i ogólnego operowania bronią, to największa zaleta tej gry. W multi mocną stroną są jak zwykle rozległe mapy i sprawdzone klasy postaci plus, od biedy, zabawa w rabowanie. Powyższe zalety próbują usilnie przebić się przez gęste pokłady brązowej wydzieliny, która gromadziła się w serii już od kilku lat. I powiecie pewnie: singleplayer to tylko dodatek, jak można kupować BFa dla tego trybu?! Owszem - można, bo nie mogę zapłacić połowę ceny i wybrać tylko multika. Płacę za pełny produkt, więc oczekuję albo solidnie zrobionych obu trybów, albo samego multi, który na starcie kładzie Call of Duty na łopatki . Niestety – jeśli chodzi o ostatnie Battlefieldy, to kampania zachwyciła mnie tylko raz (Bad Company 2) i tylko raz dobrze bawiłem się przez sieć (Battlefield 3). 
Tym razem oba tryby zostały skiepszczone tak pięknie, jak na EA przystało. Kampanii dla jednego gracza nie ratuje multi, który jest modem do Battlefielda numer 4 (a gdyby się uprzeć, to nawet do tego numer 3) z dodanym trybem a’la PayDay. I dla niektórych napadanie banków to wystarczająca nowość, bo w istocie multi Hardline’a nie posiada wad, ponieważ jest wadą samą w sobie. Jeśli jednak, szanowny czytelniku, ostatnie parę lat przesiedziałeś pod kamieniem i nie znasz DniaWypłatyZapłaty oraz jakiegokolwiek wcześniejszego Battlefielda, to na upartego możesz spróbować tej brązowej strawy. Smacznego! Obyś nie zadławił się niestrawionymi resztkami. 
Cała mechanika Hardline'a przedstawiona na jednym screenie.
Tryb dla wielu graczy to mały pikuś. Litanię wad zaczyna dopiero singiel. Na wstępie wita nas wprowadzenie do policyjnego świata. Jakaś szybka akcja – aresztowanie kilku zbirów, żeby zaakcentować kto tu po czyjej stronie stoi. To był taki falstart, że po prologu miałem ochotę wyłączyć grę i nigdy do niej nie wracać – jest źle zrobiony i mało interesujący, ale wbrew pozorom pełni funkcję metaforyczną. Pokazuje graczowi to, jak - w pigułce - będzie wyglądała pozostała część rozgrywki; daje nam narzędzia do przeprawy przez gęste brązowe morze, w którym broczy się niezwykle ciężko. Nuda, skrypty, oglądanie filmików… I tak przez całą grę.

Założę się, że zdecydowana większość graczy przechodzących singla przez pierwszą połowę gry zastanawiała się: kiedy, do cholery, się to rozkręci? Druga połowa jest jeszcze gorsza i pełna jeszcze większych absurdów. Kampania podzielona jest po równo na dwa większe epizody: ten, w którym wcielamy się w policjanta i… zgadnijcie w kogo. Kto mógłby być tą drugą postacią; kim zaskoczyło nas EA w drugiej fabularnej części? Niestety, nie pomyliliście się – drugą część gry pokonujemy wcielając się w złodzieja, albo jak kto woli - w łachudrę, zbira, i wesoło przemierzamy meandry fabuły tej fantastycznej kampanii, infiltrując gangsterski świat jako tajniacy. Wielka sceniczna pauza idealnie pasowałaby w tym momencie, bo to jest taki banał, że aż pieką oczy, a łeb boli od nadmiaru nagromadzonego szamba, błagając o wyłowienie. I żeby chociaż scenariusz jakoś zaskakiwał, nie wiem, zwrotami akcji, czy niekonwencjonalnym pomysłem. Ale nie, EA postawiło na motyw znany z miliona filmów klasy B – mamy nijakiego bohatera, naszą równie nijaką policyjną partnerkę, która próbuje być śmieszna i garść innych postaci, o których zapomniałem jakieś 5 minut po zakończeniu. Nie wniosły one kompletnie NIC do tej gry, oprócz morza dialogów, których NIE DAŁO SIĘ POMINĄĆ!!! Czujecie to? Gra fabularnie sięgająca dna, której scenariusz cuchnie ciemnistą, rzadką posoką, nie ma możliwości ominięcia cut scenek. To była chyba najgłębsza woda, na jaką mnie w życiu rzucono...
Właśnie tak czułem się podczas grania w Battlefield Hardline.
Gdyby tego było mało, owe cut scenki stanowią około połowę gry. Tak, nie żartuję – to wygląda jak interaktywny film, coś na kształt przygodówek od Telltale, tyle że tam fabuła to majstersztyk. Hardline jest podziurawiony jak ser: strzelanie, pierdololo, skradanie, znów strzelanie, dialogi, skradan… STOP – musi być jeszcze cut scenka! Później dopiero skradanie, po którym wskakujemy do samochodu. W samochodzie strzelanie, no i jazda - przed siebie, przez nudne, szerokie asfaltowe drogi, gdzie prócz nas nie ma żywej duszy. No i tak jeździmy w akompaniamencie wesołego pierdzielenia irytującej towarzyszki. A jeżdżenia w tej grze jest aż nadto, więc o nie, nie – na pewno nie zaznamy ciszy, zapomnij pan. Uporczywego kłapania dziobem musi być pod dostatkiem – kobicie buzia nie zamyka się ani na chwilę. 

Do minusów mniej uciążliwych można by zaliczyć premiowanie przez grę cichego, pacyfistycznego wręcz stylu gry - skradania się i unikania zabójstw. Z grubsza wygląda to tak, że wyciągamy odznakę, chłopaki podnoszą ręce do góry i nie musimy ich zabijać - w efekcie zgarniamy więcej punktów, które – niespodzianka - zupełnie do niczego nam się nie przydadzą. Co ciekawe: wyciągnięcie odznaki działa nawet wtedy, gdy nie gramy jako policjant. Hyc, pokazujemy błyskotkę i jako zbir aresztujemy innych zbirów, którzy na widok odznaki mają pełne gacie - kładą się na ziemię niczym potulne owieczki i modlą się o jak najłagodniejszy wymiar kary. Panie władzo w dresie, bardzo zgrzeszyłem, jestem złym człowiekiem, pragnę uczynić pokutę… 
Logo, które jest zawsze aktualne.

Wydaje mi się, że Hardline powstał tylko po to, aby uciszyć tych, którzy wyrażali niezadowolenie z powodu powtarzalności zarówno single-, jak i multiplayera w poprzednich grach z cyklu. Paradoksalnie dostaliśmy równie powtarzalny multi z trybem zerżniętym z PayDay i singla, który wyszedł wręcz karykaturalnie. Przebrnąłem przez ten ściek tylko po to, aby napisać tekst i ostrzec tych z was, którzy jeszcze nie zdążyli się w tym zamoczyć. Battlefield Hardline to jeden z najgorszych singlowych FPSów, w jakie dane mi było zagrać, a – uwierzcie, z niejednego pieca chleb jadłem i Mortyr, czy Rajd na Berlin, to zaledwie małe kupy w porównaniu z tworem EA. Bo w Mortyra mogłem GRAĆ, a nie patrzeć, jak na filmikach gra przechodzi się sama.


Wspomniany przeze mnie na początku Battlefront jest przykładem na to, jak bardzo twórcy po tej wpadce obawiają się kolejnej fabularnej kampanii. W ich nowej grze dość zręcznie pozbyto się trybu fabularnego i całe siły skupiono na rozgrywce dla wielu graczy. Miejmy nadzieję, że kastracja spotka również  Battlefielda, ponieważ kopiowanie innych wysokobudżetowych strzelanek idzie mu wyjątkowo nieudolnie.  

Szvagier


Źródła obrazków:
http://www.battlefield.com/hardline/media/cache/og_image/content/dam/ea/battlefield-hardline/images/BFH_OG_Image.jpg
http://www.reaxxion.com/wp-content/uploads/2015/03/Badass-667x904.jpg
http://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/t_original/qmshhzphkqcqfvid3smq.jpg
http://i.ytimg.com/vi/2T7CEvdbLU0/maxresdefault.jpg
http://levelsave.com/wp-content/uploads/2015/06/EA-golden-poo-715-x-452.jpg

sobota, 12 września 2015

Zmierzch pecetowych ścigałek

Koniec dobrych, innowacyjnych wyścigów na blaszaki wieściło już wielu sympatyków tego gatunku lata świetlne temu. No bo co tu zmieniać, gdyż wszystko już było? Drift, drag, sprinty? Electronic Arts kiedyś potrafili spełniać marzenia graczy, podobnie jak Codemasters z systemem cofania czasu. Niestety, od kilku lat nikt nie potrafi nas zaskoczyć. Strach przed krytyką? Zazwyczaj dzieje się tak, że czara goryczy przelewa się, a później wychodzi jakiś wysokobudżetowy kombajn i miażdży wszystko, co do tej pory mieliśmy okazję zobaczyć na małych ekranach. Życzyłbym sobie i wszystkim sympatykom wirtualnego ścigania, aby wkrótce stało się to po raz kolejny, bo naprawdę ile można jeździć w nieudane Need For Speedy…


Prawdopodobnie tym tekstem narażę się wyścigowym purystom, którzy pozjadali zęby siekając kółko za kółkiem na wirtualnym Nurburgringu, czy Silverstone. Oberwę również od fanów rajdowych klimatów, którzy od dziecka doskonale wiedzą co to przeciwskręt, a Scandinavian Flick nie kojarzy im się z wyjątkowo słabą nazwą hipsterskiej kapeli rockowej. Trudno. Zdania nie zmienię. Wyścigi na PC praktycznie nie istnieją.
Powiedzieć, że sytuacja na rynku gier wyścigowych wygląda słabo, to jak nie powiedzieć nic. Nigdy bowiem nie było sytuacji, żeby największa platforma do grania miała najmniej godnych polecenia wyścigowych tytułów. Spójrzcie na początki ery, w której pecet dopiero raczkował: Test Drive, Need For Speed (ten prawilny, a nie to kolorowe badziewie, które serwują nam dzisiaj Elektronicy), Destruction Derby, Wipeout, czy wreszcie troszkę później Colin McRae Rally, lub mniej rajdowy Driver. Wszystkie te tytuły stworzyły podwaliny tego, co znamy dzisiaj i od czego powoli odchodzi się w większości ścigałek. Konsole zaczęły wyprzedzać pecety dopiero niedawno, bo zazwyczaj każdy reprezentant danej generacji posiadał swoje flagowce i normalnym było kojarzenie Gran Turismo z konsolami Playstation, czy Forzy z Xboxem. Dziś konsole nie są już tak spektakularnymi maszynkami pod względem mnogości exclusive’ów, ale tytuły wyścigowe trzymają bardzo wysoki poziom. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, iż poziom ten stale rośnie.
Na PC nie ma już ekskluzywnych ścigałek i teraz nie jestem nawet w stanie stwierdzić, kiedy doszło do tej sytuacji. Nie żebym bym zachłanny i chciał wszystko wyłącznie dla siebie, ale trochę mnie tyłek ściska gdy widzę, że na PS4 wychodzą aż dwa ekskluzywne tytuły z samochodami w roli głównej, a na Xboxie mamy Forzę, która naprzemiennie wychodzi w wersji Motorsport z formułą wyścigów na torach i w tej bardziej zręcznościowej o podtytule Horizon. A Microsoft przebąkuje, że możliwy jest powrót Project Gotham Racing, więc kwestią czasu jest jeszcze większa baza tytułów, o których pecetowcy mogą tylko pomarzyć. Sytuacja ta uderza we mnie szczególnie dlatego, że od zawsze pasjonowały mnie wyścigi i nie wyobrażam sobie, abym wkrótce miał czekać tylko na jeden, góra dwa SOLIDNE tytuły w roku. O „dziesiątkach” nawet nie wspominam, bo pogodziłem się z tym, że już nigdy nie pojeżdżę po trasach pokroju tych z pierwszego Test Drive’a Unlimited i nie pościgam się z policją w tak świetny sposób, jaki dano nam w NFS Most Wanted z 2005 roku.

Osobny akapit należy poświęcić temu, dlaczego pominąłem wszystkie symulacyjne tytuły, których na komputerach nie brakuje. Jest jeden prosty powód: symulacje to tak naprawdę zupełnie inny gatunek skierowany do ludzi, którzy są... dość specyficzni. Poza tym do takiego Richard Burns Rally bez dobrej kierownicy nawet nie podchodź, dlatego tak bardzo odmienny to gatunek. Wracając do tematu i skupiając się na wyścigach zręcznościowych, możemy dojść do wniosku, że...
Jeśli EA nie pójdzie w ślady Ubisoftu i CDP i wyciśnie pełnię możliwości bez downgrade'ów, to najpewniej właśnie tak wyglądać będzie nowy Need For Speed na PC. No właśnie: po której stronie znajduje się prawdziwy samochód? :)
Lepsze czasy mogą nadejść wraz z powrotami do korzeni kilku serii, które od lat były siłą pecetów. Konsolowców również, lecz na przykład taki NFS Rivals wygląda znacznie lepiej na PC i w przyszłości zapewne nic się w tej kwestii nie zmieni. Poza tym 60 klatek to dla Xboxa One coś, do czego nie jest się nawet w stanie zbliżyć. Wracając: serie, które w tym roku „restartują”, to Need For Speed i Colin McRae Rally, nazwany ortodoksyjnie DiRTem Rally. Pierwszy z nich to nieoficjalna kontynuacja znakomitej serii Underground, która doczekała się dwóch części (lata 2003-2004) - przyszło nam czekać ponad 10 lat na zapowiedź następcy. Co ciekawe: według wielu to właśnie Undergroundy były najlepszym, co spotkało serię Need For Speed. Jak to mówią: lepiej późno, niż wcale. 

O reboocie tej serii warto akurat napisać trochę więcej, ponieważ na materiałach, które co jakiś czas wypuszczają twórcy widać, iż przez 2 lata nie próżnowali i tym razem naprawdę można liczyć na grę, która pozamiata. Ale i tak pecetowcy nie będą w komfortowej sytuacji, ponieważ jeśli nawet nowy NFS będzie mesjaszem wyścigów, to – założę się, że na kolejnego ścigałkowego killera przyjdzie nam czekać następne 7-8 lat. A jeśli ten nowy NFS okaże się średniakiem, to możecie być pewni, że kolejne Need For Speedy i tak nie będą lepsze od czegoś, co tworzono 2 RAZY DŁUŻEJ niż każdą poprzednią część od czasów świetnego Underground. I nie pokładałbym też nadziei w DiRT Rally, bo gdyby to była świetna gra, to Codemasters nie żebrałby o pieniądze graczy już na etapie early accesss. Innych serii na horyzoncie nie widać – Driver, GRID, Test Drive. Gdzieście się podziali?! Trzymamy kciuki za Need For Speeda – bo jak nie Ty, to kto…?

[Szvagier]

Źródło:
http://www.gry-online.pl/galeria/html/wiadomosci/bigphotos/preview/79190491.jpg
http://img6.gram.pl/20150809135420.jpg

wtorek, 14 lipca 2015

Nie jestem hardkorem!


Wiecznie nie mam czasu. Od kilku miesięcy moim hobby przestało być siedzenie przed monitorem i klikanie ikonka po ikonce w poszukiwaniu czegoś, co przykuje moją uwagę na setki godzin. To już nie te czasy, kiedy przychodziłeś po szkole, rzucałeś plecak w kąt, odpalałeś peceta i odbywałeś podróż w czasie przez kolejne godziny, kończąc na gwałtownym wyrwaniu z letargu w okolicach północy przez głośny krzyk matki, której irytacja właśnie zazwyczaj o tej porze przekraczała punkt krytyczny. Dzisiaj nikt mnie nie pilnuje, a mimo tego ani razu nie zdarzyło mi się oderwać od rzeczywistości przy najnowszym Kol of Djuti, czy innym Buterfildzie. Powodem – a jakże - brak czasu. Doba ma 24 godziny, nie wytrzaśniemy w magiczny sposób choć jednej dodatkowej minuty. Możemy co prawda przyoszczędzić tu i ówdzie, żeby móc w wolnym czasie usiąść przy konsoli i pograć. Ale tak szczerze, to ja zwyczajnie wolę się wyspać, niż popchnąć fabułę w grze, która po kilku godzinach pewnie i tak okaże się być średniakiem z nudną historią (tak, tak, o Tobie mowa, Asasynie). Steam co prawda zwraca pieniądze, ale kto mi zwróci stracony czas?



Od kilku lat gry to dla mnie produkt serwowany niezwykle uroczyście, niegdyś coś na kształt świątecznych pomarańczy. Siadam do konsoli tylko wtedy, gdy mam pewność, że nie czekają na mnie niepozmywane naczynia; że drewno wraz z pieńkiem do rąbania drewna już dawno porąbane, gary wymyte, pustynia zamieciona. Sumienie czyste, więc  zasiadam wygodnie przed telewizorem, zapinam pasy iii… po kilkunastu minutach mam dosyć. Dekoncentruje mnie dosłownie wszystko wokół – latająca mucha, kurz na biurku (wysprzątane, hę?), czy zagniecenie na spodniach #dzieńświra. I choćby podano mi do stołu najlepsze cyfrowe danie na złotej tacy, to i tak w 99 procentach nie będę w stanie poczuć immersji. Ponoć taki stan rzeczy zwiastuje najzwyklejsze starzenie się, ale ja mam dopiero 20 lat! I znam ludzi, którzy grają mając na karku 2 razy tyle! na to swoje wytłumaczenie – brak czasu. Tak, tak, kręcę się wokół tych dwóch słówek tylko po to, aby przejść do rzeczy.

A jest do czego i jest co przechodzić. Jak udowodniły statystki z profili posiadaczy Xboxów 360 – średnio w aż 90 procentach przypadków gra nie zostaje ukończona. Piję do tego, że tak naprawdę sporo graczy ma problem z czasem i nawet krótkie gry potrafią się nam znudzić. Pytanie: dlaczego – mimo nieustannie malejącego poziomu trudności, taka sytuacja nadal ma miejsce? Twórcy od lat robią co mogą, aby dostosować swoje produkty do potrzeb kupujących - gry wideo to ogromny biznes, dziś nie tworzy się ich dla funu, bo spory pieniądz jest do wyrwania. Tort wielki, więc trzeba brać jak największy jego kawałek. Chodzi oczywiście o pieniądze graczy, a ci przecież na biedę narzekać nie mogą. Wyrośliśmy z czasów bazarowych konsolek, a nowa generacja kosztuje sporo, więc i na gry na pewno znajdzie się pieniądz. 

Oprócz poziomu trudności zaporą dla wielu nie do przeskoczenia może być również ogromna różnorodność w bibliotece gier tak naprawdę każdej konsoli. PC – co oczywiste – króluje na tym polu, ponieważ jako platforma istnieje od kilkudziesięciu lat, poza tym Gaben od czasu do czasu nie daje odpocząć portfelom graczów rzucając gry za grosze na Steamowych promocjach. Ale konsole zarówno zeszłej, jak i teraźniejszej generacji cały czas walczą ze sobą jak równy z równym, wliczając w to również skrajnie casualowy produkt Nintendo – Wii. A nie należy jej lekceważyć, bo to właśnie ta konsolka dziś sprzedaje się najlepiej. Wnioski nasuwają się same: gracze to w większości casuale, a sprzedaż Wii to tego niepodważalny dowód

Czasy Contry minęły bezpowrotnie i tęsknią za nimi chyba tylko najwięksi retro krzykacze, którzy nawet nie spojrzą na dzisiejsze wysokobudżetowe produkcje. Droga wolna – wyciągajcie pegazy z szafy i gińcie co chwilę na pierwszym levelu. Jeszcze kilka lat temu byłem naczelnym orędownikiem oldschoolu i hejterem postępującej „casualizacji” – z bólem patrzyłem, jak gry zaczynają przechodzić się same, ale dzisiaj zrozumiałem podstawową rzecz – jeśli ktoś jest w stanie wymusić na developerach tak poważne w skutkach zmiany, to być może ma w tym wszystkim rację. Chyba nie myślicie, że przeciętny Kowalski przychodząc z pracy uwala się na kanapie, bierze pada w dłonie i relaksuje frustruje się przy Super Meat Boy’u jeszcze bardziej, niż przy papierach w korpo. Przeciętny gracz oczekuje czegoś łatwego, do łyknięcia w 2-3 wieczory. Oczywiście nie należy popadać ze skrajności w skrajność: gry, które da się przejść używając dwóch przycisków to również przesada, ale jestem pewien, że i wokół takich produkcji też skupia się spora społeczność. 

Dzisiaj dano nam tak wielki wybór w przeróżnych gatunkach, że szkoda marnować czasu na platformówkę, której twórcy postawili sobie za priorytet wyśrubowanie poziomu trudności i reklamowanie gry jako oldschoolowej ośmiobitówki (brzmi jak pomysł na 90% dzisiejszych indyków, co?). Takie coś pochłonie tylko nasz czas na próbowanie w nieskończoność jednego etapu, postrzępi nerwy i zamiast radochy przyniesie połamanego pada. No chyba, że jesteś masochistą, perfumujesz się gazem pieprzowym i jesz Super Kawałek Mięsa™ doprawiony wasabi. Gratulacje! Jesteś hardkorem! 


[Szvagier]

Źródła obrazków:
http://edge.alluremedia.com.au/m/k/2013/02/super_meat_boy_wallpaper_by_pedroion-d35uzt7.jpg
http://www.tweaks.pl/wp-content/uploads/Wiilot-wiimote-pilot-wii.png
https://s3.amazonaws.com/achgen360/t/0hDYPZE3.png