wtorek, 14 lipca 2015

Nie jestem hardkorem!


Wiecznie nie mam czasu. Od kilku miesięcy moim hobby przestało być siedzenie przed monitorem i klikanie ikonka po ikonce w poszukiwaniu czegoś, co przykuje moją uwagę na setki godzin. To już nie te czasy, kiedy przychodziłeś po szkole, rzucałeś plecak w kąt, odpalałeś peceta i odbywałeś podróż w czasie przez kolejne godziny, kończąc na gwałtownym wyrwaniu z letargu w okolicach północy przez głośny krzyk matki, której irytacja właśnie zazwyczaj o tej porze przekraczała punkt krytyczny. Dzisiaj nikt mnie nie pilnuje, a mimo tego ani razu nie zdarzyło mi się oderwać od rzeczywistości przy najnowszym Kol of Djuti, czy innym Buterfildzie. Powodem – a jakże - brak czasu. Doba ma 24 godziny, nie wytrzaśniemy w magiczny sposób choć jednej dodatkowej minuty. Możemy co prawda przyoszczędzić tu i ówdzie, żeby móc w wolnym czasie usiąść przy konsoli i pograć. Ale tak szczerze, to ja zwyczajnie wolę się wyspać, niż popchnąć fabułę w grze, która po kilku godzinach pewnie i tak okaże się być średniakiem z nudną historią (tak, tak, o Tobie mowa, Asasynie). Steam co prawda zwraca pieniądze, ale kto mi zwróci stracony czas?



Od kilku lat gry to dla mnie produkt serwowany niezwykle uroczyście, niegdyś coś na kształt świątecznych pomarańczy. Siadam do konsoli tylko wtedy, gdy mam pewność, że nie czekają na mnie niepozmywane naczynia; że drewno wraz z pieńkiem do rąbania drewna już dawno porąbane, gary wymyte, pustynia zamieciona. Sumienie czyste, więc  zasiadam wygodnie przed telewizorem, zapinam pasy iii… po kilkunastu minutach mam dosyć. Dekoncentruje mnie dosłownie wszystko wokół – latająca mucha, kurz na biurku (wysprzątane, hę?), czy zagniecenie na spodniach #dzieńświra. I choćby podano mi do stołu najlepsze cyfrowe danie na złotej tacy, to i tak w 99 procentach nie będę w stanie poczuć immersji. Ponoć taki stan rzeczy zwiastuje najzwyklejsze starzenie się, ale ja mam dopiero 20 lat! I znam ludzi, którzy grają mając na karku 2 razy tyle! na to swoje wytłumaczenie – brak czasu. Tak, tak, kręcę się wokół tych dwóch słówek tylko po to, aby przejść do rzeczy.

A jest do czego i jest co przechodzić. Jak udowodniły statystki z profili posiadaczy Xboxów 360 – średnio w aż 90 procentach przypadków gra nie zostaje ukończona. Piję do tego, że tak naprawdę sporo graczy ma problem z czasem i nawet krótkie gry potrafią się nam znudzić. Pytanie: dlaczego – mimo nieustannie malejącego poziomu trudności, taka sytuacja nadal ma miejsce? Twórcy od lat robią co mogą, aby dostosować swoje produkty do potrzeb kupujących - gry wideo to ogromny biznes, dziś nie tworzy się ich dla funu, bo spory pieniądz jest do wyrwania. Tort wielki, więc trzeba brać jak największy jego kawałek. Chodzi oczywiście o pieniądze graczy, a ci przecież na biedę narzekać nie mogą. Wyrośliśmy z czasów bazarowych konsolek, a nowa generacja kosztuje sporo, więc i na gry na pewno znajdzie się pieniądz. 

Oprócz poziomu trudności zaporą dla wielu nie do przeskoczenia może być również ogromna różnorodność w bibliotece gier tak naprawdę każdej konsoli. PC – co oczywiste – króluje na tym polu, ponieważ jako platforma istnieje od kilkudziesięciu lat, poza tym Gaben od czasu do czasu nie daje odpocząć portfelom graczów rzucając gry za grosze na Steamowych promocjach. Ale konsole zarówno zeszłej, jak i teraźniejszej generacji cały czas walczą ze sobą jak równy z równym, wliczając w to również skrajnie casualowy produkt Nintendo – Wii. A nie należy jej lekceważyć, bo to właśnie ta konsolka dziś sprzedaje się najlepiej. Wnioski nasuwają się same: gracze to w większości casuale, a sprzedaż Wii to tego niepodważalny dowód

Czasy Contry minęły bezpowrotnie i tęsknią za nimi chyba tylko najwięksi retro krzykacze, którzy nawet nie spojrzą na dzisiejsze wysokobudżetowe produkcje. Droga wolna – wyciągajcie pegazy z szafy i gińcie co chwilę na pierwszym levelu. Jeszcze kilka lat temu byłem naczelnym orędownikiem oldschoolu i hejterem postępującej „casualizacji” – z bólem patrzyłem, jak gry zaczynają przechodzić się same, ale dzisiaj zrozumiałem podstawową rzecz – jeśli ktoś jest w stanie wymusić na developerach tak poważne w skutkach zmiany, to być może ma w tym wszystkim rację. Chyba nie myślicie, że przeciętny Kowalski przychodząc z pracy uwala się na kanapie, bierze pada w dłonie i relaksuje frustruje się przy Super Meat Boy’u jeszcze bardziej, niż przy papierach w korpo. Przeciętny gracz oczekuje czegoś łatwego, do łyknięcia w 2-3 wieczory. Oczywiście nie należy popadać ze skrajności w skrajność: gry, które da się przejść używając dwóch przycisków to również przesada, ale jestem pewien, że i wokół takich produkcji też skupia się spora społeczność. 

Dzisiaj dano nam tak wielki wybór w przeróżnych gatunkach, że szkoda marnować czasu na platformówkę, której twórcy postawili sobie za priorytet wyśrubowanie poziomu trudności i reklamowanie gry jako oldschoolowej ośmiobitówki (brzmi jak pomysł na 90% dzisiejszych indyków, co?). Takie coś pochłonie tylko nasz czas na próbowanie w nieskończoność jednego etapu, postrzępi nerwy i zamiast radochy przyniesie połamanego pada. No chyba, że jesteś masochistą, perfumujesz się gazem pieprzowym i jesz Super Kawałek Mięsa™ doprawiony wasabi. Gratulacje! Jesteś hardkorem! 


[Szvagier]

Źródła obrazków:
http://edge.alluremedia.com.au/m/k/2013/02/super_meat_boy_wallpaper_by_pedroion-d35uzt7.jpg
http://www.tweaks.pl/wp-content/uploads/Wiilot-wiimote-pilot-wii.png
https://s3.amazonaws.com/achgen360/t/0hDYPZE3.png

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz