Gatunek wyścigów nigdy nie był w tak słabej formie, w jakiej znajduje się obecnie. WRC 6, nowy Need For Speed i Forza Horizon 3 – to jedyne większe tytuły, jakie ukazały się w tym roku. O ile Forza to bardzo dobra gra, tak tego samego nie można powiedzieć o dwóch pozostałych. Z sentymentu do starych, dobrych czasów postanowiłem powrócić do szlagierów branży gier wideo; do wyścigów, które zapaliły we mnie iskrę motoryzacyjnej pasji, która dziś jest już płonącym ogniskiem. Ogniskiem wypalającym się niebezpiecznie szybko...
Listę top 10 otwiera Driver, który niestety słabo zniósł
próbę czasu. Choć 17 lat to przecież przepaść między tym, jak kiedyś wyglądały
gry, postarzała się wyłącznie grafika. Cała reszta nadal robi wrażenie. Otwarte
miasto, przechodnie na ulicach, świetnie zaprojektowana kariera – to wszystko
sprawiło, że Driver odniósł niebywały sukces, którego niestety nie powtórzyła
żadna następna część (z małym wyjątkiem – kilka akapitów niżej). Dziś to tylko
ciekawostka z racji wysokiego poziomu trudności i wyżej wspomnianej grafiki,
lecz jeśli jesteś weteranem wyścigów (a przede wszystkim pościgów), to ponowne
spotkanie z Johnem Tannerem może znów przynieść mnóstwo emocji.
Ekskluzywny tytuł na Xboxa 360 dostarczył fanom wyścigów to,
na co czekali od czasu premiery pierwszej Forzy. Seria ta była stworzona po to,
aby konsola Microsoftu miała własne Gran Turismo, tyle że mniej surowe, mniej
zamknięte dla nowych graczy. Forza Motorsport nigdy nie udawała symulatora, a
jej spin-offy – gry z podtytułem Horizon, to już, można by powiedzieć, gry
czysto zręcznościowe z prostym modelem jazdy. Drugi Motorsport był niemałym
przełomem. Dostaliśmy rekordową ilość aut; prosty, acz szalenie wciągający
tuning i mnóstwo znanych torów. Kariera do dziś w serii pozostaje w zasadzie
niezmieniona – nie ma tu fabuły, a wyścigi wybieramy z listy. Dwójka jest o
tyle ciekawa, że samochody tuningować musieliśmy, bo poziom aut kierowców ze
sztuczną inteligencją rósł z wyścigu na wyścig i nie dostosowywał się do nas.
Wisienką na torcie były wyzwania wytrzymałościowe – ileż to razy jechałem z kumplem
na zmianę po 30 okrążeń...
W 2007 roku gry nagle zachwyciły nas pięknymi teksturami,
rozmyciem i bogactwem detali. Pierwszy Crysis również z 2007 roku pokazuje, że
gry dzisiaj nie wyglądają jakoś specjalnie lepiej. Wyścigi miały wtedy swojego
własnego Crysisa – był nim pierwszy DiRT. Niektórzy uważają, że to właśnie
przez tę grę seria rozpadła się, tracąc swój rajdowy charakter. Według mnie to
krok w przód. DiRT dostał wiele nowych kategorii wyścigów – buggy, rallycross,
czy ściganie się wielkimi ciężarówkami z dakaru. Klasyczne rajdy również były
obecne. Model jazdy to chyba najlepszy kompromis między zręcznościówką, a
symulacją. Kariera? Najbardziej interesująca spośród wszystkich gier z serii –
piramida podobna do tej z Colina McRae Rally 2005 zróżnicowana tak bardzo, że
nie można było narzekać na nudę. Gdyby nie charakterystyczny żółty filtr na
ekranie, pierwszy DiRT do dzisiaj byłby jedną z ładniejszych gier wyścigowych
ever.
We wczesnych latach 2000. gatunek wyścigów ciągle rozkwitał,
jednakże nadal brakowało dobrych, rajdowych wariacji na jego temat. Pierwszy
Colin był niemałym przełomem – grą z dużym budżetem i kilkoma świetnymi
pomysłami, jak szkółka kierowców, która chyba do dziś pozostaje najbardziej
przystępnym samouczkiem zarówno dla wyjadaczy, jak i kierowców rozpoczynających
zabawę z wirtualnym ściganiem. Naturalne było więc to, że Codemasters pokusi
się o kontynuację hitu z 1998 roku. Kontynuacja okazała się być dokładnie tym,
czego pragnęliśmy: świetnie zaprojektowane trasy, piękna grafika, jazda o
różnych porach dnia i sprawiający masę frajdy model jazdy, który dawał spore
wyzwanie nawet tym bardziej doświadczonym. Drugi Colin to do dziś przykład
idealnej kontynuacji; gry z gatunku, którego tak bardzo nam dziś brakuje. Twórcy
WRC od lat starają się zrobić rajdówkę, która mogłaby być tym, czym kiedyś był
CMR, ale nadal nikt nie zapełnił tej luki. Codemasters wydał co prawda DiRTa
Rally, ale to z kolei gra przeznaczona wyłącznie dla największych fanów – mało
przystępna dla postronnych; ze słabo poprowadzoną karierą i brakiem
regulowanego poziomu trudności. Dobre czasy dla marki sygnowanej niegdyś
nazwiskiem słynnego rajdowca, już raczej nigdy nie powrócą...
Midnight Club to seria bardzo nierówna. Pierwsza część na
konsolach przeszła prawie niezauważona, podobnie jak trzecia i jej wszystkie
wariacje, remixy i porty. Na pecetach dość mocno zaistniała dwójka, dzięki
czemu poznałem tę strasznie wymagającą grę. W 2003 roku brakowało wyścigów z
otwartym światem, a Rockstar pięknie wypełnił tę lukę. Midnight Club 2 niestety
miał wiele wad, lecz świetnie poprowadzona kariera nie pozwalała na nudę i
skutecznie przyciągała nas do ekranu. Kiepski model jazdy, piekielnie wysoki
poziom trudności, brak licencjonowanych samochodów – to tylko część grzeszków
MC2. Ale wyobraźcie sobie satysfakcję po tym, jak po raz czterdziesty powtarzasz
wyścig w Paryżu i wygrywasz o centymetry z bossem, którego samochodem niebawem będziesz
mógł kosić następnych. Seria Midnight Club chyba już na dobre została
pogrzebana przez inne wielkie projekty Rockstara, na których zarabia o wiele
większe pieniądze. Ale może to i lepiej? W zalewie remasterów, rebootów i
remake’ów coraz to większej ilości tytułów, Midnight Club pozostaje chyba
najbardziej charakterystyczną i nierówną serią ścigałek z diamentem, jakim była
dwójka, pośrodku.
Ciąg dalszy nastąpi...
Szvagier
Źródła obrazków:
http://wallpoper.com/images/00/29/01/67/video-games_00290167.jpg
http://vignette1.wikia.nocookie.net/driver/images/2/2e/Driver_1_Wallpaper.jpg/revision/latest?cb=20130526100850
https://i.ytimg.com/vi/qeIv29a362A/maxresdefault.jpg
http://www.geeknews.net/images/2008/11/hidetail.jpg
http://www.iceis.pl/colin-mcrae/rally/colin-mcrae-rally_cmr768px.jpg
https://i.ytimg.com/vi/_lcGtMTAdKE/maxresdefault.jpg






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz